Wojciech Lemański byVetulani edited

Ksiądz Wojciech Lemański o hipokryzji polskich władz w podejściu do problemu uchodźców!

aaks1

Udał się także Józef z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego syna, owinęła go w pieluszki...” /por. Łk 2, 4 -7 /


Wyruszamy razem z pewną śniadą rodziną na świętowanie Narodzenia Pańskiego do Polski. Nie ma mowy o żadnym spisie, formularzach i oficjalnych dokumentach. Wszystkie ustalenia w sprawie uchodźców diabli wzięli za sprawą koalicji skrzykniętej przez niejakiego Waszczykowskiego. Co prawda niektóre agencje nadal liczą koczujących na granicach, uratowanych na morzu, rannych, tych, którzy utonęli oraz przebywających w tymczasowych obozach. Dyplomatyczne zabiegi zdadzą się psu na budę, a ten i tak będzie się musiał zadowolić chmurką nad głową. Nad ich głowami przelatują syryjskie, rosyjskie, tureckie, amerykańskie i inne samoloty. Wypatrujemy zapowiedzianych przez Macierewicza polskich orłów, ale widocznie jeszcze nie doleciały. Może to i dobrze, bo z tych przecinających niebo spadają bomby, a nie pomoc humanitarna. Patrioci dobrej zmiany znad Wisły, popatrzcie na bombardowane Aleppo. Zdjęcia z płonącego warszawskiego getta 1943, a potem te z sierpnia 1944 wyglądały bardzo podobnie.


Nasza śniada rodzina sprzedała dom i wszystko co posiadali zamienili na przepustkę na łódź. Ta ma ich przeprawić do lepszego, bezpieczniejszego, ukształtowanego na wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej świata. Jakiś czas temu był u nich arcybiskup Gądecki i zapewniał, jak to chrześcijanie znad Wisły solidaryzują się z prześladowanymi. Postanowili więc wyruszyć do tego ochrzczonego już 1050 lat temu kraju. Podróż przez morze jest straszna. Żaden Ewangelista nie zdecydowałby się opisać w świętej księdze tego, co dzieje się pod pokładem łodzi. Potworny zaduch, ścisk, przerażenie, niepewność. A przecież ona niebawem będzie rodzić. Bezduszność przemytników, zawodność starej łajby, wreszcie przerażająca cisza zepsutego na pełnym morzu silnika. Po ciągnących się w nieskończoność godzinach oczekiwania pojawia się wybawienie. Nie była to łódź Caritasu, ani Frondy, ani nawet okręt polskiej marynarki wojennej. To jakiś niewierzący student z Niemiec sprzedał wszystko co miał i kupił tę łódź, by ratować biedaków.
Wypatrują humanitarnych korytarzy, którymi mogliby trafić do kraju, gdzie czeka na nich ponoć dziesięć tysięcy parafii przygotowujących się na święta Narodzenia Pańskiego. Na razie trafiają na Lampedusę. Tu czeka obóz przejściowy, miejscowy ksiądz, lekarz i redaktor Mikołajewski z Polski. Pytają więc Mikołajewskiego o drogę do najbardziej katolickiego kraju we współczesnej Europie. Słyszeli, że papież Franciszek wezwał, by w każdej parafii przygotować schronienie dla jednej choćby rodziny znękanych drogą uchodźców. Jarek milcząc bierze ich w objęcia i łzy spływają mu po policzkach. Miejscowy ksiądz szeptem proponuje, by zadzwonić do emerytowanego sekretarza stanu Tarcisio Bertone. Jakiś czas temu prasa doniosła, że ma spory apartament. Może po tym, jak zawstydzony zwrócił pieniądze pożyczone z kasy dla ubogich, będzie chciał pokazać światu, czego nauczył się od Franciszka. Chyba jednak proboszcz z Lampedusy sam niespecjalnie wierzy w gościnność watykańskiej kurii.


W greckich, włoskich miastach i miasteczkach spotykają wielu sobie podobnych. Przybyli tu przed nimi. Opowiadają, że w Niemczech przyjęto już ponad dwa miliony takich jak oni. Zimni Szwedzi okazali uchodźcom ciepłe serca. Podobnie Finowie, Holendrzy, Portugalczycy, Francuzi i Hiszpanie. Nasza śniada rodzina zdecydowała jednak, że podążą do Polski. Polin - tam odpoczną. Po drodze ktoś radzi, by nie wędrowali przez Węgry ani przez Słowację. Wielu zdążających tamtędy zawrócono z drogi. Ciekawe dlaczego, przecież to takie chrześcijańskie kraje. Ruszyli więc okrężną drogą przez Ukrainę. W Donbasie spotkali miejscowych Polaków. Tutaj też niebezpiecznie. Tutaj też wybuchy, ruiny, strach. Miejscowi Polacy chcieli szukać schronienia w Polsce, nic z tego. Premier Szydło nie zgadzają się rachunki. Opowiadała w Parlamencie Europejskim o milionie uchodźców, a w kraju nawet stu nie mogą się doliczyć. Ponoć zamiast wiz wjazdowych obiecała świąteczne paczki z polskimi jabłkami i kolędami. Pojechała więc śniada rodzina dalej białoruskim pociągiem i tak dotarła do polskiej granicy. Niestety polska straż graniczna odesłała ich na dworzec w Brześciu. Może celnicy przerazili się tych zarazków, o których mówił prezes Kaczyński. A może ta rodzina nie trafiła na obiecywany przez biskupów korytarz humanitarny. Nocą ktoś życzliwy za okrągłą sumkę przeprowadził ich przez zieloną granicę. Na szczęście w tym czasie zdyscyplinowani funkcjonariusze tańczyli wśród konfetti przez ministrem Zielińskim.


Do białostockiej katedry nie weszli, dostępu bronili ustawieni w dwuszeregu młodzieńcy z ONR. Ci czują się tutaj jak u siebie. Bronią ojczyzny ogrzewając się przy płonących staroindyjskich, to znów starosłowiańskich symbolach. Podobnie było przed wejściem do katedr warszawsko-praskiej i łódzkiej. Tu drogę zastąpili im kibole. Może to ci, którzy rozbijali okna i głowy na opłatku innej drużyny piłkarskiej. A może to byli narodowcy, gromadzący się przeciw „czerwonej hołocie” pod zielonymi sztandarami. Ochronę Wawelu zorganizował we własnym zakresie miejscowy ksiądz. Ma już w tym wprawę. W Gdańsku też się nie udało, pewnie dlatego, że przed drzwiami stanęli obok Kijowskiego ze znaczkiem KOD w klapie. W Toruniu chcieli zobaczyć na własne oczy słynnego redemptorystę i jego dzieło. Niestety nieznani sprawcy pobili ich na rynku. Może to z powodu kształtu jego nosa, a może z powodu chusty na jej głowie. W Poznaniu po pamiętnym przypadku dziecka, co to się poczęło i urodziło na plebanii, żaden proboszcz brzemiennej pod dach oficjalnie nie zaprosi. W Kielcach pokręcili się chwilę pod kamienicą na Plantach. Jakiś miejscowy pokazał im drogę na cmentarz na Pakoszu. Uśmiechając się pod nosem szeptał, że tam z pewnością znajdą miejsce dla siebie.


Światełko do nieba zaprowadziło ich wreszcie do niejakiego Owsiaka. Jąkał się trochę, ale z kwitkiem nie odesłał i pomocy nie odmówił. Wieczorem zadzwoniła siostra Chmielewska i zaprosiła do siebie. Ochojska z propozycją pomocy pojawiła się chwilę później. Bortnowska, ta co gotowa była użyczyć własny grób dla tych, co zginęli w drodze, obdzwoniła Rzecznika Praw Obywatelskich, Helsińską Fundację Praw Człowieka i znalazła spore grono osób gotowych podzielić się niemal wszystkim. W końcu wybrali zaproszenie do ośrodka Monaru. Ciasno, ale miejsce się dla nich znalazło.


Późną nocą przed ośrodkiem wylądował policyjny helikopter z Błaszczakiem i Zielińskim. Dali śniadej rodzinie 24 godziny na opuszczenie terenu naszego gościnnego i tolerancyjnego kraju. Znów trafili na białoruski dworzec kolejowy. To tutaj na ławce brzemienna urodziła swego pierworodnego syna. Białoruski dyktator okazał im więcej serca niż cała polska klasa rządząca razem z Episkopatem. Zagranicznym korespondentom i papieskiemu nuncjuszowi na Białorusi pokazał Łukaszenko uchodźców odsyłanych tu przez Polaków. Potem oznajmił, że właśnie wysłał ministra zdrowia, by osobiście zawiózł dziecku wyprawkę. Nastała cicha, ciemna noc. Kolejna noc śniadej rodziny bez domu. Na ekranach dworcowych telewizorów TVP transmitowała świąteczne życzenia od prymasa Polaka, od premier Szydło, od prezydenta Dudy. Z uśmiechem na ustach pozdrawiali Polaków rozsianych po całym świecie. W tysiącach kościołów kolorowe choinki zimnym światłem oświetlały plastykową świętą rodzinę. Katolicka redakcja telewizji narodowej informowała, że w oktawie Narodzenia Pańskiego w kościołach zarządzone zostaną modlitwy w intencji uchodźców. Przy okazji zbierane będą ofiary na wyposażenie świątyni Opatrzności Bożej. Patriarcha Syrii Grzegorz III Laham w imieniu syryjskich chrześcijan, których Rzeczpospolita nie przyjęła do siebie, podziękował Kościołowi w Polsce za modlitwy w ich intencji. Papież Franciszek ponoć osobiście zadzwonił do tych polskich proboszczów, którzy odpowiedzieli na Jego apel i zaprosili do siebie jedną śniadą rodzinę uchodźców. Na biegnącym w dole ekranu żółtym pasku można było odczytać numer konta dla wpłat w złotówkach i walucie na rzecz Radia Maryja.


+ 3135
- 43

Polub Polityczek.pl